Teraz przechadzał się po polance, niedaleko chatki państwa Olfa i Olgi. Całkiem ładne miejsce - pomyślał w duchu.
Całość gospodarstwa była położona w dolinie, wcinającej się w górę. Niedaleko domku płynął strumyk. Poza polaną, rozciągał się las. Własność gospodarzy wcinała się klinem w drzewa - za płotem, jak później dowiedział się Bartek, postawionym tylko po to, aby dziki i sarny nie wyjadły wszystkiego z grządek pani Olgi, były tylko drzewa.
A wszystko to położone na tyle wysoko, że kiedy chłopak obrócił się w stronę północną, rozpostarł się przed nim oszałamiający widok - wzrokiem sięgał daleko, daleko, daleko przed siebie. Wskoczył na kamień i poczuł, jakby cały świat, a przynajmniej ćwiartka globu, padła u jego stóp.
- Wszystko dobrze? - usłyszał głos Mamy za sobą.
- Y... W sumie to nie wiem, co powiedzieć - oznajmił i spuścił wzrok.
- Mam nadzieję, że nie czujesz się przez nas okłamany albo oszukany. My nie chcieliśmy wcześniej...
- Mamo, nie, nie czuję nic z tego! - Bartek czuł, że musi przerwać, ponieważ głos matki niebezpiecznie zaczynał drgać, co oznaczało, że za chwilę może zacząć płakać, a chłopak tego bardzo nie lubił. - Próbuję to wszystko... zrozumieć.
- Możliwe, że nie jest to łatwe teraz, ale zobaczysz korzyści...
- Hmm... W sumie to jestem prawie jak Harry Potter. Z tym, że on dowiedział się o rok wcześniej. Ale ja mam przy sobie rodziców. - dodał jeszcze i objął mamę.
Razem ruszyli w kierunku chatki. W drzwiach stał Tata, machający na nich ręką. Pani Olga podała do stołu.
- Uważaj z jedzeniem - powiedziała Mama. - Pani Olga tak dobrze gotuje, że łatwo zgubić rachubę i nieco przybrać na wadze.
Kolejny dzień zapowiadał się dobrze. Przez lekko uchylone okiennice do pokoju Bartka wpadł zapach świeżego powietrza i pierwsze promienie słońca. Można było wyczuć zapach skoszonej trawy. Podszedł do okna. Rzeczywistość okazała się jeszcze piękniejsza. Widok był po prostu oszałamiający - chłopak znajdował się powyżej linii drzew. Sięgał wzrokiem daleko - dostrzegł w oddali drogę szybkiego ruchu, większe miasto, a za nim kominy elektrociepłowni. Jeszcze dalej, w promieniach wschodzącego słońca, migotała tafla jeziora.
Zszedł na dół, gdzie w kuchni pani Olga już przygotowywała śniadanie dla wszystkich.
- Dzień dobry! Która jest godzina? - zapytał Bartek, przeciągnął się i ziewnął.
- A dzień dobry, dzień dobry! Kogo jak kogo, ale ciebie nie spodziewałam się o tej porze. Jest pięć po piątej.
- Chyba nigdy nie wstałem tak wcześnie - oznajmił i uśmiechnął się serdecznie. - Idę się zatem szybko ogarnąć i skoro już wstałem, to pomogę przy śniadaniu.
- Będzie mi miło.
Kiedy Marzena, Jacek oraz Rufus zajrzeli do kuchni przed ósmą, wszystko było gotowe, a Bartek zalewał właśnie kawy.
- Mam nadzieję, że przez pobyt tutaj nie staniesz się kawo-maniakiem - oznajmiła Marzena, siadając do stołu.
- Idę w ślady rodziców - szelmowsko uśmiechnął się chłopak. - A po drugie, kawa pani Olgi jest wyborna.
Ranek upłynął w atmosferze rodzinnej beztroski. Było wiele śmiechu, radości.
- Dobrze. Zatem do rzeczy - dość poważnie, jak na panujący nastrój, odezwał się Jacek.
Zapadła cisza.
- Bartku! Dzisiaj rozpoczniesz szkolenie... Nie będzie to łatwe. Ale dzięki dyscyplinie, wytrwałości i odrobinie... szaleństwa, którego ci nie brakuje, uważam, że dasz radę. Wstępnym przygotowaniem zajmie się Ruf. My z mamą, niestety, musimy wracać. Praca czeka. Ale, jak tylko uda się nam wyrwać, będziemy wpadać...
- Portalem? - zapytał syn.
- Na miotłach synu, na miotłach - odpowiedziała mu Mama.
A była przy tym tak przekonywująca, że ten uwierzył.
- Wiesz, że wolę odkurzacze. Chociaż muszę pomyśleć o nowym... - zadumał się Jacek.
- A może Bartkowi kupimy jakiegoś latającego mopa? - zapytał pan Olaf.
Chłopak ponownie dawał się wkręcić.
- Czy wy znowu mnie nabieracie? - zapytał z wesołą irytacją.
- Nie. Jakbyśmy mogli - rzekł poważnie wuj Rufus, ale po chwili wszyscy buchnęli śmiechem.
***
Ćwiczenia rozpoczęli jeszcze przed "odjazdem" rodziców i przed obiadem. Pani Olga wręcz nie wyobrażała sobie, aby Jacek i Marzena wyjechali głodni.
- Bartku, zapamiętaj jedno! - wuj zrobił bardzo poważną minę. - W sumie to jest prośba... Zatem proszę cię, nie obrażaj się na mnie, kiedy przypadkiem zacząłbym żartować. Dobrze?
Marzena i Jacek odwrócili się, aby ukryć rozbawienie. Samemu Bartkowi zrobiło się początkowo głupio, ale zdążył już się przyzwyczaić do poczucia humoru wujka Rufusa. Przystał na prośbę.
- Stań twardo na ziemi - wydał polecenie wujek. - Nogi na szerokości ramion, sylwetka wyprostowana... Jesteś praworęczny czy lewo?
- Prawo - odpowiedział Bart.
- Zatem lewa ręka do przodu.
- Dlaczego lewa?
- Ponieważ jak ci ktoś rozwali zaklęciem tę, którą czarujesz, to, co zrobisz? - odparował Rufus.
Chwila zastanowienia.
- Wkręcasz mnie - dumny z siebie Bartek przyjął pozycję.
- Szybko się uczysz. A tak poważnie to nie ma znaczenia. U nas w rodzinie przyjęło się, że czary sprawujemy ręką, którą akurat nie piszemy. Taki kaprys jakiegoś przodka. A teraz spójrz przed siebie. Masz wyciągniętą rękę? Masz. Wyprostuj palce. Zacznij myśleć o zielonej iskrze, bardzo intensywnie. Wyobraź sobie zieloną iskrę... Masz to...
- Mam.
- A teraz skurcz palce i wyprostuj...
Trzask! Przez polanę przeleciała zielonkawa, iskrząca kula, trafiając... akurat przechodzącego kota, który ostatecznie przeleciał na drugą stronę płotu.
- Oj! - Bartek aż wstrzymał powietrze.
- Zapomniałem dodać, żeby sprawdzić teren - stwierdził wujek, wypatrujący zwierzaka.
Kot wstał, oblizał łapki, popatrzył w stronę Bartka i... jakby się uśmiechnął. Przynajmniej tak wydawało się chłopcu. Bądź, co bądź, był daleko! Niemniej nic mu się nie stało. Na początkującego "wiedźma" także się nie obraził, ponieważ przy obiedzie łasił się o kawałek pieczeni z talerza. Bartek, mimo wszystko mający poczucie winy, podzielił się z kocurem.
- Przynajmniej tak mu wynagrodzę ten lot - stwierdził z żalem.
- Zapewne nie pierwszy i nie ostatni raz - skwitował to pan Olaf.
- Y... W sumie to nie wiem, co powiedzieć - oznajmił i spuścił wzrok.
- Mam nadzieję, że nie czujesz się przez nas okłamany albo oszukany. My nie chcieliśmy wcześniej...
- Mamo, nie, nie czuję nic z tego! - Bartek czuł, że musi przerwać, ponieważ głos matki niebezpiecznie zaczynał drgać, co oznaczało, że za chwilę może zacząć płakać, a chłopak tego bardzo nie lubił. - Próbuję to wszystko... zrozumieć.
- Możliwe, że nie jest to łatwe teraz, ale zobaczysz korzyści...
- Hmm... W sumie to jestem prawie jak Harry Potter. Z tym, że on dowiedział się o rok wcześniej. Ale ja mam przy sobie rodziców. - dodał jeszcze i objął mamę.
Razem ruszyli w kierunku chatki. W drzwiach stał Tata, machający na nich ręką. Pani Olga podała do stołu.
- Uważaj z jedzeniem - powiedziała Mama. - Pani Olga tak dobrze gotuje, że łatwo zgubić rachubę i nieco przybrać na wadze.
Kolejny dzień zapowiadał się dobrze. Przez lekko uchylone okiennice do pokoju Bartka wpadł zapach świeżego powietrza i pierwsze promienie słońca. Można było wyczuć zapach skoszonej trawy. Podszedł do okna. Rzeczywistość okazała się jeszcze piękniejsza. Widok był po prostu oszałamiający - chłopak znajdował się powyżej linii drzew. Sięgał wzrokiem daleko - dostrzegł w oddali drogę szybkiego ruchu, większe miasto, a za nim kominy elektrociepłowni. Jeszcze dalej, w promieniach wschodzącego słońca, migotała tafla jeziora.
Zszedł na dół, gdzie w kuchni pani Olga już przygotowywała śniadanie dla wszystkich.
- Dzień dobry! Która jest godzina? - zapytał Bartek, przeciągnął się i ziewnął.
- A dzień dobry, dzień dobry! Kogo jak kogo, ale ciebie nie spodziewałam się o tej porze. Jest pięć po piątej.
- Chyba nigdy nie wstałem tak wcześnie - oznajmił i uśmiechnął się serdecznie. - Idę się zatem szybko ogarnąć i skoro już wstałem, to pomogę przy śniadaniu.
- Będzie mi miło.
Kiedy Marzena, Jacek oraz Rufus zajrzeli do kuchni przed ósmą, wszystko było gotowe, a Bartek zalewał właśnie kawy.
- Mam nadzieję, że przez pobyt tutaj nie staniesz się kawo-maniakiem - oznajmiła Marzena, siadając do stołu.
- Idę w ślady rodziców - szelmowsko uśmiechnął się chłopak. - A po drugie, kawa pani Olgi jest wyborna.
Ranek upłynął w atmosferze rodzinnej beztroski. Było wiele śmiechu, radości.
- Dobrze. Zatem do rzeczy - dość poważnie, jak na panujący nastrój, odezwał się Jacek.
Zapadła cisza.
- Bartku! Dzisiaj rozpoczniesz szkolenie... Nie będzie to łatwe. Ale dzięki dyscyplinie, wytrwałości i odrobinie... szaleństwa, którego ci nie brakuje, uważam, że dasz radę. Wstępnym przygotowaniem zajmie się Ruf. My z mamą, niestety, musimy wracać. Praca czeka. Ale, jak tylko uda się nam wyrwać, będziemy wpadać...
- Portalem? - zapytał syn.
- Na miotłach synu, na miotłach - odpowiedziała mu Mama.
A była przy tym tak przekonywująca, że ten uwierzył.
- Wiesz, że wolę odkurzacze. Chociaż muszę pomyśleć o nowym... - zadumał się Jacek.
- A może Bartkowi kupimy jakiegoś latającego mopa? - zapytał pan Olaf.
Chłopak ponownie dawał się wkręcić.
- Czy wy znowu mnie nabieracie? - zapytał z wesołą irytacją.
- Nie. Jakbyśmy mogli - rzekł poważnie wuj Rufus, ale po chwili wszyscy buchnęli śmiechem.
***
Ćwiczenia rozpoczęli jeszcze przed "odjazdem" rodziców i przed obiadem. Pani Olga wręcz nie wyobrażała sobie, aby Jacek i Marzena wyjechali głodni.
- Bartku, zapamiętaj jedno! - wuj zrobił bardzo poważną minę. - W sumie to jest prośba... Zatem proszę cię, nie obrażaj się na mnie, kiedy przypadkiem zacząłbym żartować. Dobrze?
Marzena i Jacek odwrócili się, aby ukryć rozbawienie. Samemu Bartkowi zrobiło się początkowo głupio, ale zdążył już się przyzwyczaić do poczucia humoru wujka Rufusa. Przystał na prośbę.
- Stań twardo na ziemi - wydał polecenie wujek. - Nogi na szerokości ramion, sylwetka wyprostowana... Jesteś praworęczny czy lewo?
- Prawo - odpowiedział Bart.
- Zatem lewa ręka do przodu.
- Dlaczego lewa?
- Ponieważ jak ci ktoś rozwali zaklęciem tę, którą czarujesz, to, co zrobisz? - odparował Rufus.
Chwila zastanowienia.
- Wkręcasz mnie - dumny z siebie Bartek przyjął pozycję.
- Szybko się uczysz. A tak poważnie to nie ma znaczenia. U nas w rodzinie przyjęło się, że czary sprawujemy ręką, którą akurat nie piszemy. Taki kaprys jakiegoś przodka. A teraz spójrz przed siebie. Masz wyciągniętą rękę? Masz. Wyprostuj palce. Zacznij myśleć o zielonej iskrze, bardzo intensywnie. Wyobraź sobie zieloną iskrę... Masz to...
- Mam.
- A teraz skurcz palce i wyprostuj...
Trzask! Przez polanę przeleciała zielonkawa, iskrząca kula, trafiając... akurat przechodzącego kota, który ostatecznie przeleciał na drugą stronę płotu.
- Oj! - Bartek aż wstrzymał powietrze.
- Zapomniałem dodać, żeby sprawdzić teren - stwierdził wujek, wypatrujący zwierzaka.
Kot wstał, oblizał łapki, popatrzył w stronę Bartka i... jakby się uśmiechnął. Przynajmniej tak wydawało się chłopcu. Bądź, co bądź, był daleko! Niemniej nic mu się nie stało. Na początkującego "wiedźma" także się nie obraził, ponieważ przy obiedzie łasił się o kawałek pieczeni z talerza. Bartek, mimo wszystko mający poczucie winy, podzielił się z kocurem.
- Przynajmniej tak mu wynagrodzę ten lot - stwierdził z żalem.
- Zapewne nie pierwszy i nie ostatni raz - skwitował to pan Olaf.